Katagoria: Psychologia, opublikowano 19 lat temu.

Opór dziewictwa


 

Czy zauważyliście, że większość ludzi boi się sytuacji, które są pierwszymi. Woli ograniczyć – poza tymi naznaczonymi prawami życia, jak narodziny czy śmierć – do minimum możliwość poznawania, przełamania lub zagrożenia oporem „pierwszego razu”.

Oczywiście, wbrew naszej woli jest tych koniecznych „pierwszych razy” w naszym życiu o wiele więcej. Trafiamy na nie zwłaszcza w dzieciństwie, bowiem nie wiemy jeszcze jakie ryzyko wiąże się z wkraczaniem w nieznane, ponieważ sami jesteśmy najbardziej dziewiczy pośród tysiącletniej natury i pogmatwanych przykazań ludzkich: praw narzuconych przez poprzednich przebijaczy błon dziewictwa.

Więc przebijamy, nie baz płaczu rozbitych głów i klapsów niezrozumiałego gniewu dorosłych; przebijamy błony dziewicze, by zrozumieć swoją pozycję w środowisku.

Lecz, gdy na głowę coraz mocniej sypie się nam rzeczywistość: gdy już nauczymy się jakiego muru nie powinno przebijać się głową; gdy zaobserwujemy kiedy cukierek, a kiedy klaps – wtedy większość z nas rezygnuje z dalszego odkrywania, zaspakajając się tym, co to tego czasu poznała. Pozostając w związku z pierwszą miłością, nieważne czy tą związaną z ukłuciem w serce, czy tą z wyboru przypadkowego; mieszkając w mieszkaniu teściów lub szczęśliwie odziedziczonym i odremontowanym po dziadkach; pracując tam, gdzie odbywała staż lub do której zmuszono ją w ramach prac interwencyjnych; a zawsze ciesząc się popołudniami serialami telewizyjnymi poznanymi już w dzieciństwie.

Brak woli przebicia oporu dziewictwa czyni z nich rośliny, które już zaowocowały, i jedynie wyższy, lub bardziej brutalny poziom produkcji potomstwa, nie pozwala im obumrzeć. O ile sami tacy nie jesteśmy, to na pewno znamy ich z najbliższego otoczenia. Zerknijcie na świat: codzienny i ten zamknięty w skrzynce telewizora – a dostrzeżecie ich. W urzędzie, w autobusie, w wizerunku prezenterki telewizyjnej.

Jest też grupa ludzi szukających, aż do tragicznej śmierci, ocierania się z pierwszym razem.

Czy to o włos, w trakcie pokonywania ostrego wirażu, szybciej, szybciej niż przeciwnik, szybciej niż ostatnim razem. Czy to o kilka metrów wyżej.

A może niżej? Inną drogą, w najniebezpieczniejszych warunkach meteorologicznych, z jak najmniejszą ilością ekwipunku, nago. Jedna dziesięciotysięczna sekundy – dlaczego te zegary są tak mało precyzyjne?

Szybciej, dalej, celniej – by pokonać wszystkich, by być „zdobywcą”. Tym, który odnalazł i przebił następną błonę dziewiczą. O takich postaciach częściej czytamy w rubrykach sportowych, niż jesteśmy uczestnikami wydarzeń. Prawda?

I ci pierwsi, ujarzmieni wczesnymi latami dzieciństwa, i ci drudzy, niezaspokojeni do zatarcia, są dla mnie obcy. Należę bowiem do jeszcze innej grupy – grupy smakoszy. Delektujących się oporem poznawania pierwszego razu, ale równocześnie nie oprawiających tego poznania w ramki dyplomu czy medalu.

Kiedy się zatrzymać w żądzy przebijania coraz oporniejszej błony dziewiczej, a w którym momencie przeć do zatracenia? Najbardziej jest mi obce wersja kastrata, lecz równie daleka zdobywcy. A więc co powinienem spróbować smakosz, a jakiego poczęstunku odmówić?

Może nie powinien zapominać, że w tym „delektowaniu” się „oporem dziewictwa” musi – powinno pozostać – poczucie stabilności. Dłuższy oddech odwagi, pozwalający kroczyć drogami labiryntu do zatracenia, lecz jedynie do granic bezpieczeństwa, ze świadomością nici pozwalającej powrócić. Nawet mniej ważne – czy to po wykonaniu zadania, czy jedynie na chwilę przerwy, by móc powrócić do labiryntu.

 

[brak dokładnej daty, ale tekst napisany mniej więcej w tym okresie]

 

 

Zapraszam do księgarni autorskiej

Zapraszam do księgarni autorskiej

Matryca duszy

Klucz do DNA

2012: gniew ojca


 

Podobne wpisy


Licznik: 464


 
Share This